Kupała niejak niečakana dla samoha siabie lohka ŭźlacieŭ na vysoki marmurovy parapiet, jaki vyhinaŭsia ŭzdoŭž leśvičnaha pralota, što adnačasova i błakitnieŭ, i čarnieŭ u hłybini. Dyk jość jašče siły, akazvajecca! — z zadavalnieńniem padumaŭ jon. — A kazali — šeśćdziasiat hadoŭ, chvaroby-niemačy… A hetyja durni-piśmieńniki chaj tam pjuć u numary, zalivajucca, platkarać pra jaho. Jamu ciapier nie da ich. Jaho čakaje palot nadzvyčajnaj lohkaści i hłybini. Jon daŭno maryŭ pra takoje — kab cišynia była absalutnaja, anivodzin nieaściarožny huk nie paturbuje chvorych niervaŭ. Tak było ŭ dziacinstvie, u poli, na dalni kraj jakoha jon zachodziŭ, kłaŭsia tam na śpinu, i Boski śviet u naravistych abłokach i lohkaj siniečy hladzieŭ na jaho ź viaršyniaŭ, i supakajeńnie sychodziła ŭ dušu.

Jon navat nie zaŭvažyŭ, jak płaŭna źjechaŭ z parapieta ŭ błakitnavata-čorny zmrok pralota,
i jaho zakruciła, zahajdała na chvalach efiru. Pahružeńnie było miakkim, słabym, nieprykmietnym, jon byccam by navat i nie pahružaŭsia, a tolki razhojdvaŭsia na pavietranych chvalach-kałychankach. A poruč nietaropka šamacieli i vilisia vakoł jaho, by najady, stankievičanki, miadziołki, zośki, i krychu dalej uschlipvała bujlanka. I danosiłasia da jaho tolki adno: «Janačka, luby naš Janačka…»

Sapraŭdnaje dabrarastvareńnie vazduchoŭ. I bolš ničoha.

Jon zrazumieŭ, što pahružeńnie moža być biaskoncym, viečnym. I ŭžo rychtavaŭsia paspytać hetaha biaskoncaha, kali pobač uźnikła słaba znajomaja nievialičkaja fihurka ŭ frenčy, vusaty tvar u vośpinach, miakkija kazłovyja bociki.

— Kažietsia, tovariŝ Janko Kupało? — prasipieła i hustoj tabakaj vydychnuła jamu ŭ tvar fihurka. — Očień-očień prijatno poznakomiťsia lično!
Fihurka tycnuła jamu ćviorduju, niahnutkuju dałońku:
— Džuhašvili! Riešili, tak skazať, poletať, tovariŝ Kupało? Pochvalno!
Tiem boleje, u vas vied́ stichotvorienije jesť… «Letčik i malčik», jeśli ne ošibajuś.

— «Chłopčyk i letčyk», — prašaptaŭ Kupała.

— Da-da-da! Pro našu słavnuju aviaciju, doblestnych sokołov zabyvať ne śledujet! — Džuhašvili apisaŭ rezkaje koła vakoł Kupały i padlacieŭ zusim blizka. Prystaviŭ vusny da jahonaha vucha i zadychaŭ, smurodziačy «Hiercahavinaj Fłor», horača:

— A vy sami, čto dumajete, tovariŝ Kupało, nasčiet etoho svojeho poleta? Nieboś, užie orhany naši podozrievať stali?
I naprasno!

— Nie-nie, što vy, tavaryš Sta…, tavaryš Džuhašvili! Ja sam! Heta maja ŭłasnaja ideja — palatać!

— Sobstviennyje idiei u nas ne pooŝriajutsia! — nachmuriłsia Džuhašvili. — V osobiennosti po časti poletov! Ja vot Čkałovu ne vsie razriešał. A on ne słušałsia… Vpročiem, vy — druhoje dieło. Vy — poet, romantik. Ili vsie-taki podozrievajetie? My vied́ i sprosiť možiem, s koho śledujet!

Pablizu milhanuŭ syty tvar u piensne i jak by zavis, robiačy adnačasna kruhavyja i ŭbirajučyja ruchi rukami.

Džuhašvili nieciarpliva machnuŭ rukoj, i syty ŭ piensne źnik.

— U nas tiepieŕ, tovariŝ Kupało, vojna. Ne do jubilejev tiepieŕ, ponimajetie li. Sorok vtoroj hod! Vrah jeŝie očień silen. A vy tut s vašim šiestidiesiatiletijem niekstati. No my cienim našu intiellihienciju.

— Dy ja, ułasna, ni na što nie pretenduju, tavaryš Sta… tavaryš Džuhašvili, — ledź-ledź vycisnuŭ Kupała, — heta ŭsio duraść piśmieńnikaŭ našych… jubilej i inšaje…

— Duŕ my vyšibiem! — uzmachnuŭ zdarovaj, niesuchoj rukoj Džuhašvili. — A vy, tovariŝ Kupało, vsie-taki priznajtieś, čto jesť u vas koj-kakije myśliški nasčiet etoho vašieho poleta.

— Jak pierad Boham — niama nijakich dumačak, tava…

— Vy, možiet byť, dumajete, čto orhany naši naputali čto-to s vašiej familijej — nu sputali Łucieviča s Łuckievičiem? Ne poniali, čto vrahi prisvoili odnoj iz ulic na okkupirovannoj tierritorii imia odnoho nacionalista, pochožieje na vašie. No naši orhany ničieho ne putajut! U nas buchhałtierija točniejšaja!

I iznoŭ padpłyŭ hety kruhłatvary ŭ piensne i zakivaŭ žabinaj hałavoj.

— Vot tovariŝ Łavrientij podtvierždajet. Pošieł von!

Kupała padumaŭ, ci nie schavacca jamu za stankievičankami, miadziołkami i zośkami, mo navat pasprabavać paklikać na dapamahu bujlanku. Ale tyja byccam by adchisnulisia i zastyli ŭ žachu.

— Dievicy u vas ładnyje, — prosipieł Džuhašvili, — no vy dołžny nam priamo skazať, začem vy vieny siebie riezali i voobŝie, čto tam tvoriłoś v etoj hazietie, v «Našiej Nivie», kažietsia. Hovoriat, bardačok proćvietał…

— Nožam heta ja z duraści, tava… A dziaŭčaty našyja, to bok baby našyja, paetki, nu heta jak zvyčajna z babami byvaje…

— No-no! — nachmuriłsia Džuhašvili. — Vy pro svoj dołh ne zabyvajtie! Vy vied́ ziemlakov prizvali lud́mi zvaťsia! Kstati, do etoho oni, čto — voobŝie ne byli lud́mi?

— Jak ža… Byli, kaniečnie… Tolki nie viedali, jak prazyvacca… Tutejšymi siabie klikali.

— Tutejšymi? Eto čto značit?

— Nu nibyta jak — «zdiešnimi».

— Zdiešnije? A čto, vrodie kak niepłocho? Zvučit počti kak sovietskije. Možiet, i ostavim vašim ziemlakam takoje nazvanije — tutejšyje? Vy ne protiv?

— Ja — nie… Tolki voś akademik Karski pisaŭ… Try taminy cełyja napisaŭ…

— Nu kto tiepieŕ čitajet akadiemika Karskoho? — zaśmiajaŭsia Džuhašvili. I niečakana stroha zapytaŭsia: — Vy moi «Voprosy leninizma» čitali? Tam i pro tutejšych, kstati, najdietie.

— Heta abaviazkova, abaviazkova, tavaryš Sta… U mianie ŭ biblijatecy na hałoŭnym miescy była hetaja kniha. Bomba ŭ chatu trapiła.

— A ja vam novyj ekziemplar podpišu. Siejčas priamo i podpišu.

I tut padlacieŭ taki łysavaty, karotkavałosy, va ŭkrainskaj kašuli, pasam padpiarezanaj, i z pakłonam taŭściennuju taminu-cahlinu, u sacin bieły pieraplecienuju, praciahnuŭ. U Kupały navat ruki ad ciažaru adciahnuła.

Džuhašvili vokładku adharnuŭ i prosta na rukach u Kupały štości chutka napisaŭ. A potym hučna zachłopnuŭ i budzionna tak moviŭ:

— A chotitie, tovariŝ Kupało, ja vašiemu tutejšiemu narodu Vilno otdam?
Tuda pierieniesiem stolicu iz Minska? Eto vied́ budiet istoričieski pravilno? Vot prohonim vraha i otdam!
U Kupały zaniało dychańnie. Niečakana nachłynuli pachi vilenskich kaviarniaŭ.
A jakija tam byli pirožnyja! Stankievičanki, miadziołki i zośki ŭžo napružylisia, spadnicy vietraziami panadzimalisia. Bujlanka ŭstrapianułasia.

A Džuhašvili ŭžo kivaje karavym palcam:

— No eto jeŝie zasłužiť nado! Chotia vy pravilno pisali: partizany, partizany… Kak tam dalšie?
— Vy tutejšyja syny, — papiarchnuŭsia Kupała.

— I dalšie?

— Režcie hitlercaŭ pahanych, kab nia ŭskreśli ŭviek jany!

Džuhašvili pryžmuryŭsia:

— Odnako, vy biespoŝadnyj poet, tovariŝ Kupało! Krov-to lubitie puskať… Možiet, vas po druhomu viedomstvu opriedieliť? Jesť vied́ sposobnosť… Kak eto, odnako, u vas skazano — riežtie… Kak śviniej…

— Dyk jany ž i jość śvińni, tava …

— Nu, ne skažitie… Vsie-taki — Kant, Hiehiel, Fiejierbach… Vy čitali Fiejierbacha, tovariŝ Kupało?

— Nie daviałosia, tava… Ale ja pračytaju, abaviazkova pračytaju.

Džuhašvili machnuŭ niesuchoj rukoj.

— Da ne stoit! Vriad li pojmietie. Vam łučšie pisať vot eto: chaj smutak vačej tvaich dobrych nie rosić… Ja dažie prośleziłsia, kohda piervyj raz čitał.

Kupała niečakana adčuŭ ćvierdź pad nahami.
Žyvy i zdarovy, jon stajaŭ na pieršym paviersie hatela «Maskva». Chtości biare jamu pad ruku … Božuchna! Łaŭrencij Canava! I ŭdvoch jany padymajucca čyrvonaj darožkaj, jakaja vijecca ŭsio vyšej i vyšej i adlivaje zołatam. Hrymić arkiestr. Stankievičanki, miadziołki i zośki ablatajuć ich z usich bakoŭ pad strohim kiraŭnictvam bujlanki. Hrymić chor. Usio vyšaj i vyšaj… I voś užo bačny parapiet, ź jakoha Kupała niadaŭna i tak lohka saśliznuŭ.
A nad im, nad parapietam, uzvyšajecca taki rodny, taki dobry, taki znajomy tvar. Sam Prezident, ahramadny čałaviek-šafa, raskryvaje svaje abdymki-dźviery:

— Siuda, siuda, Ivan Dominikovič!

I transparant pad stollu trapieča:

«Žiť budiem chorošo, chotia i niedołho. Abiščaju».

Клас
Панылы сорам
Ха-ха
Ого
Сумна
Абуральна